herb Gminy Dębe Wielkie
facebook

Olesin (zrzutowisko zegar)

Powstanie listopadowe 1831 / II wojna światowa 1944

Zdjęcie pomnika z kamienia upamiętniającego teren walki w bitwie pod Dębe m Wilkim podczas Powstania LIstopadowego.

W czasie bitwy pod Dębem Wielkim 31 marca 1831 r. w powstaniu listopadowym na terenie Olesina natarcie na rosyjskie pozycje, zlokalizowane w pobliżu dzisiejszego cmentarza, prowadził 8 pułk piechoty liniowej z 2 pułkiem strzelców pieszych. Pomimo ofiarności żołnierzy dopiero po zdobyciu dworu w Dębem Wielkim przez „czwartaków” północne natarcie z Olesina odniosło sukces.

W rejonie Olesina w czasie II wojny Światowej istniała placówka zrzutowa o kryptonimie „Zegar” 120. Znane są dwa zrzuty wykonane na tą placówkę w 1944 r.

Jeden zrzut miał miejsce w nocy z 3 na 4 kwietnia 1944 r. Zrzucono dwóch skoczków i zasobniki materiałowe. Skoczkami byli: Józef Retinger – wysłannik polityczny ps. „Salamander” i por. Chciuk Tadeusz – kurier ps. „Sulima”.

Drugi zrzut tym razem materiałowy miał miejsce w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1944 roku. o godzinie 2.00 w nocy placówka odebrała 11 zasobników, głównie z bronią ppanc., które odebrał kpr. pchor. o ps. „Miś”.[1]

W dniu 5 kwietnia 2014 r. miała miejsce uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego te wydarzenia.

Na odsłonięcie przybyli m.in. zaangażowani w pomoc państwo Ewa i Marek Słodownikowie z Cisia, major Jacek Bąk z 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, wójt gminy Dębe Wielkie Krzysztof Kalinowski. W poczcie sztandarowym stanęli uczniowie ze szkoły w Dębem Wielkim. Pamiątkowy obelisk znajduje się na gruncie prywatnym. Na uroczystości byli również Anna i Bogdan Rowińscy z fundacji im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej.

Wykorzystując okazję ustawienia monumentu organizatorzy postanowili również w 183 rocznicę tamtych wydarzeń odsłonić drugą tablicę – pamięci  bitwy z 31 marca 1831 r.

Zrzut z 3 na 4 kwietnia 1944 r. tak w swoich pamiętnikach opisuje Józef Retinger:

„W ciemności nie widziałem nic poza księżycową poświatą jaśniejącą w okienku. Rzucała ona srebrny krąg na podłogę. Nagle ów krąg zaczął się szybko przesuwać, a potem latać po całym samolocie. W okolicy pojawił się bowiem myśliwiec niemiecki i nasz samolot starał się uniknąć spotkania. Szalone drgania światła księżycowego zdawały się trwać wieki. W końcu uznano, że pozbyliśmy się myśliwca i możemy dalej zmierzać do celu.

Parę minut później światła wystawione prze grupę przyjmującą zostały dostrzeżone i zaczęliśmy zataczać kola. Wyrzucono dwadzieścia dwa pojemniki. Próbowałem znaleźć się przy wylocie zgodnie ze wskazówkami sierżanta Simmonsa, mojego instruktora, ale dispatcher przestraszył się złapał mnie za ramię i krzyknął, żebym się nie zbliżał się za bardzo, bo wypadnę! Nastąpiło wymyślanie, co odwróciło moja uwagę od samego skoku i uratowało mnie przed okropnym uczuciem ssania w dołku.

Nagle zobaczyłem sygnał oznaczający, ze pora skakać. Pomny wskazówek sierżanta Simmonsa, próbowałem wykonać wszystkie te ruchy, których mnie tak starannie uczył; wyrzuciłem stopy do przodu, jednocześnie odrzucając głowę do tylu i znalazłem się poza samolotem. Chyba w sekundę potem czuję, że spadochron się rozwija; lekkie szarpnięcie. Łapię przednie liny nad głową, podciągam nogi zgodnie z instrukcją i zdaję sobie sprawę, że łagodnie opadam. Po paru sekundach widzę jakieś dwieście metrów niżej umówione światła. Dotykam ziemi, poddaję się upadkowi. Spadochron, falując, opada na mnie.

Kiedy wolno odpinałem uprząż, kilku chłopców podbiegło do mnie. Byli przejęci i wzruszeni dosłownie do łez. Czekali na nas co noc przez cztery tygodnie. Po raz pierwszy udało im się przyjąć Polaków z Anglii i w ogóle mieć przed sobą jakikolwiek rzeczowy dowód współpracy z Zachodem. Po paru minutach spostrzegłem mego współtowarzysza Celta. Lądując uderzył w drzewo i trochę się podrapał. Śmiał się jednak, kiedy powiedziałem: Teraz mogę się przyznać, że mam kurzą ślepotę i nic nie widzę w ciemności!

Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła, to wielka sprawność grupy przyjmującej. Było tam dwudziestu czy trzydziestu młodych ludzi, żołnierzy Armii Krajowej, którzy ze względu na bezpieczeństwo zostali ściągnięci ze wsi odległych o dziesięć czy piętnaście kilometrów. Mieli po 18-25 lat. Ubrani – było jeszcze dość zimno- w długie kożuchy, głównie zdobyte na Niemcach, mieli kilka karabinów maszynowych, pistolety automatyczne oraz tuzin karabinów. Wielu miało rewolwery, a około piętnastu nie miało w ogóle żadnej broni. Na ich czele stało dwóch oficerów i jeden cywil, delegat podziemnych władz z Warszawy. Pozbierano dwadzieścia dwa pojemniki, które wraz z nami zostały zrzucone, i w ciągu pół godziny byliśmy już w drodze do konspiracyjnych kryjówek.

Wkrótce przekonałem się, że cała podziemna organizacja jest zadziwiająco sprawnie kierowana. Znakomicie, mimo naprawdę potwornych warunków, pracowała etatowa kadra. Kontakty radiowe z Wielka Brytania były dość sprawne, mimo, że wiązało się to ze znacznym ryzykiem dla Polaków. Podczas mojego pobytu w Polsce niejedna grupa radiotelegrafistów wpadła i po torturach została stracona przez Niemców. Szefami tych ekip byli często chłopcy szkoleni w Anglii. Mój współtowarzysz Celt sam wyszkolił wielu z nich.”

„Nareszcie uwolnieni od ciężkiego spadochroniarskiego ekwipunku doszliśmy do niewielkiego domu, odległego o jakieś trzy kilometry. Tam przywitało nas starsze małżeństwo. Oni również czekali na nas co noc przez ostatnie cztery tygodnie.„[2]

Ze wspomnień por. Tadeusza Chciuka – ps. „Sulima” wiemy, że pierwszą noc po skoku cichociemni spędzili w dworze w Olesinie należącym do Jolanty i Jerzego Gruhnów.

[1]  S. Kuligowski, Kedyw Obwodu „Mewa_Kamień” AK. „Rocznik Mińskomazowiecki z. 10. 2003 r. s.44.

[2] J. Pomian, Józef Retinger, życie i pamiętniki pioniera Jedności Europejskiej. Warszawa1994, s. 149-152.